... 2010-03-08

Boooże, jakie to wszystko jest marne. Te puste słowa, nieszczere życzenia, szara codzienność, smętne piosenki, durne słowa i puści ludzie wokół. Ja naprawdę nie jestem najlepsza. Ale inni mogliby się postarać być lepsi niż są. Ja czasem potrafię być poważna lub pomyśleć. Czasem. Bo nikt nie jest idealny.


 


Od jakiegoś czasu nic mi nie wychodzi. I wszystko się powoli rujnuje. Nie mam siły żeby to odbudować. A może nie chcę? To nie jest proste. Szkoda.


Wydaje mi się, że ludzie po prostu są źli z natury. Dlatego wokół są tacy, a nie inni. Dlatego na świecie jest tyle zła. Dlatego non-stop coś odkładamy. Dlatego świat wiruje - wariuje. Dlatego niszczy się moja przyjaźń zachowując pozory normalności od czasu do czasu. Jezu Jak mi tego ostatniego brakuje. Jedyna normalna osoba, która rozumie (rozumiała? jak to jest?...)


Nie mam szczęścia. A do mężczyzn w szczególności. Bo jak to jest, że staram się żeby ktoś zwrócił na mnie uwagę, a on milczy, nie odpowiada. Tracę wiarę w siebie. Trudno.


Nie żałuję straconej z własnej woli miłości (szkoda że nie było jej z mojej strony tylko z jego). To mogło być piękne. Zjebałam. Trudno. Czy to dobre pojęcia przyjmować to z takim spokojem? Tylko trudno? Było minęło?


Chciałabym się zmienić. Całkiem. Być kimś innym. Kimś kto nie daje się wykorzystywać, kto nie robi wszystkiego za wszystkich, ktoś komu zależy na rzeczach zupełnie innych niż teraz. Chciałabym mieć inne priorytety. Nie umie zmienić swojego życia. Nie mam motywacji, siły woli. Trudno.


 


Tylko Kurwa, czemu dla mnie teraz wszystko jest TRUDNO? :(


... 2010-01-31

Smutno mi... Źle mi.... nie tak miało być. Chciałam się zaangażować, zwrócić uwagę i.... chciałam jakoś rozwinąć znajomość, wziąć wreszcie, pierwszy raz sprawy w swoje ręce. Nie wyszło. Bo zawsze musi być odwrotnie niż pragniemy.


Może mam się zastanowić nad sobą? Dlaczego NIE? Bo mam swoje wady jak każdy i ich nie ukrywam? Może mnie obserwował i stwierdził że nie chce znać takiego kogoś jak ja?


"Nieobecni, nieobecni, jesteśmy siebie blisko.... tak trudno, tak trudno powiedzieć sobie wszystko..." a właściwie tak trudno powiedzieć cokolwiek...


Mętlik w głowie... 2010-01-18

Tak.... ktoś mi strasznie namieszał, zrobił śmietnik i nie posprzątał... I mam teraz to wszystko robić sama? Moja przeszłość jest wciąż obok mnie, wciąż blisko i wraca... Tylko ja nie wiem, czy chcę żeby wracała... Nie wiem, ale jednocześnie mam wrażenie, że nie. Że nie można znów się dusić, znów wykręcać, robić chore sytuacje. Może boję się miłości? Może czekam na księcia z bajki, który i tak przecież nie istnieje, bo ideały żyją TYLKO w naszych marzeniach. Mam ochotę powiedzieć sobie:


EJ OBUDŹ SIĘ MALEŃKA!


Tylko czy ja chcę się obudzić z mojego odrętwienia, śpiączki, w której chyba żyję. Czy chcę wrócić do tego co było, czy może jednak chcę jeszcze poczekać na kogoś, kogo ja pokocham?


Czasami się modlę o człowieka, którego pokocham, a który pokocha też mnie. Wtedy też to robiłam, ale prosiłam tylko o tego, który mnie pokocha i spełniło się... Tylko, że Bóg postawił przede mną trud wyboru - czy chcę zostać obdarowana miłością, czy chcę być szczęśliwa wolna, nieskrępowana. Wybrałam to drugie. Czy to był dobry wybór? Ciągle się zastanawiam i ciągle nie znam odpowiedzi.


Może potrzeba czasu na podjęcie decyzji...? Ale przecież ponad pół roku to wystarczająco dużo czasu. Jeszcze poczekam na księcia, którego sobie wymarzyłam. Na chodzący ideał, którego nie potrafię nawet zagadnąć. Głupia...


Ale pocieszające jest to, że czuję się dowartościowana ;) Że są ludzie, dla których moja obecność jest potrzebna, może ważna, którzy mnie lubią i to czuję. Dzięki im za to :)


Współżycie w grupie... 2009-12-15

Jak to prosto zamienić się z kimś rolami. Zwalić na kogoś winę, obarczyć wyrzutami sumienia... A samemu z siebie nie dawać nic, być przeciw ludziom i przejąć nad nimi kontrolę. Jak Konrad z III części \"Dziadów\" Mickiewicza. Tylko, że on kochał naród i chciał się dla niego poświęcić. A niektórzy mimo, że też się od ludzi alienują, to tylko dlatego, że ich nienawidzą (?), że niektórzy są im zupełnie niepotrzebni, nie można ich w jakiś sposób wykorzystać, a wręcz przeszkadzają, bo piją (wracając do opowieści z soczkiem i kartonikiem) soczek z naszego źródła, ośmielają się ruszyć nasz kartonik!


Czemu mój, młody jeszcze świat jest tak zagmatwany. Już teraz rządzą nami (?) emocje, które niszczą jedni drugich. Dlatego zastanawiam się czy moja polityka bycia dobrą, uczynną, koleżeńska J. nie jest zbyt konserwatywna jak do tych czasów. Bo teraz przecież nie istnieje nic bezinteresownie, ludzie to kolejny przedmiot, który można kupić, tak jak ich emocje, zachowania.... Czuję się taka oderwana od rzeczywistości. Często zastanawiam się co powoduje takie, a nie inne zachowania, jakie jest podłoże psychologiczne niektórych osób, jak ludzie się zmieniają - obserwuję ich. Oni na szczęście tego nie widzą, chociaż nawet jak zauważają w niewielkim stopniu - od razu włączają w sobie tryb \"agresja\" albo też \"atak\". Jest bardzo niewiele osób, które wyrażają swoje zdanie nie atakując innych, ich poglądów lub zachowań. Ludzie boją się oceny siebie, nie chcą być oceniani, więc sami oceniają poprzez atak, krzyk, ironię, drwinę, ośmieszenie innych... Mechanizm obronny działa w 100%. Wiele tracą i ja przez to wiele tracę. Bo przez takie zachowanie ludzie nie umieją ze sobą rozmawiać, nie widzą swoich błędów, a jedynie cudze. Szkoda. Troszkę samoświadomości i dystansu do siebie i innych i już świat byłby lepszy.


Ale może ludzie nie chcę żeby był lepszy?


Wróciłam... 2009-12-10

To dobrze? I tak nikt tego nie czyta, bo to tylko zwykłe wypociny, ścierwo...


Taaaaak. To właśnie to słowo skłoniło mnie do powrotu po tak długim czasie. Nie wracam do nikogo. Wracam do siebie, do swojego wnętrza. Bo zawsze jak mam jakiś problem, a nie wiem jak go rozwiązać, to piszę... Czasem to nawet pomaga, czasem to tylko wyżalenie się przed samą sobą...


A teraz też jest sprawa, która mnie nurtuje. Która mnie boli, dręczy, męczy, poniża, hańbi, ale też wywyższa i sprawia, że jestem bardziej dumna. Paradoksalnie.


Przykro mi. Bo jest granica między śmiechem a płaczem, między taktem, a chamstwem, między dobrą wolą, a fałszem. A z mojej perspektywy ja żadnej z tych granic nie przekroczyłam, a jednak zostałam "ukarana" jakbym to zrobiła. I mimo, że jestem człowiekiem twardym z mojej perspektywy, to jednak są we mnie jakieś ludzkie uczucia, bo słowa innych ludzi potrafią mnie ruszyć. A kolejnym paradoksem jest to, że ja nawet nie wiem, co było do mnie mówione. Po pierwszym ostrym zdaniu mój słuch - jakby się wyłączył i nie wiem.


Może jestem rozpieszczonym bachorem, najmłodszym dzieckiem, które widzi świat takim, jaki poukładało. A gdy ktoś przestawi zabawki, to dziecko płacze, krzyczy, smuci się... Ja nie płaczę. Mi jest tylko cholernie przykro.


Bo ja się staram, wiesz? Robię wszystko, by zadowolić innych, by nie wchodzić im w drogę, by nie prowadzić z innymi wojny. Zatracam swoją osobowość, żeby być pokojowo nastawiona, żeby nikomu nie przeszkadzać swoim istnieniem. Mało tego, ja chcę polepszyć innym ich życie!! I dostaję za to kopa, policzek, leżę na ziemi, która nie wydaje mi się taka piękna i czysta jak wcześniej. Teraz jest brudna, zaszlamiona fałszem, obłudą, szczerością i prawdą. Choć prawda to czasem rzecz pozytywna, dla mnie jest teraz szlamem, który kala moją ziemię.


Moja praca poszła teraz na marne, została niedoceniona, zbrukana. A starałam się. Zawsze się staram zrobić wszystko najlepiej. Działałam w imię grupy, a grupa "naszą" działalność olała. Życie. Jest nad czym rozpaczać? Mam satysfakcję i tyle. Umiecie lepiej, to zróbcie to lepiej. Sami. Beze mnie. Bez moich notatek, ściąg, zeszytów, komputerów, skanów, bez mojego czasu, pracy, poświęcenia. Po co Wam to? I tak to dla Was znaczy tyle, co "ścierwo".


Idąc dzisiaj w mrozie, wietrze, myślałam dlaczego tak jest, że mimo dobrych chęci osiągamy złe (dla innych) efekty. A może one nie są złe, tylko są tak postrzegane przez głupich ludzi? A może ci ludzie wcale nie są głupi, tylko ja źle postrzegam świat? Może powinnam być taka jak oni, bez charakteru, bez zobowiązań, bez ambicji. Mieć na wszystko "wylane", żyć chwilą - alkoholem, przygodami, papierosami. Mam czasem wrażenie, że żyję w trudniejszych warunkach niż oni - bo oni są jednością, a ja niby do nich przystaję, ale jestem zupełnie inna. I to jest chyba fałsz w mojej osobie, bo jednocześnie jestem z nimi, a zdaję sobie sprawę z ich wad. Jestem, a nie potrafię powiedzieć w oczy, co dla mnie jest nie tak, co jest wadą, co jest złe, czego być nie powinno.


Mam potrzebę analizy tego, który zadał mi dzisiaj ból. To najpierw ta osoba, może nieświadomie, mnie zbrukała. Moją pracę zniżyła do rangi śmieci, bezużytecznych wypocin, które stworzyłam bez konsultacji. Jednak jestem tym, kto to zrobił. Ruszył dupę i wziął się do roboty, w przeciwieństwie do niej. A później zaatakowała mnie ponownie, bezpośrednie we mnie, w moje wady (wady?) w to, co robię, jak robię, i w związku z czym robię. Ale ta osoba nie zauważa faktu, że daje mi ku temu podstawę. Że mówi więcej niż chce powiedzieć i wymaga bym tego nie pamiętała? Tak mam to rozumieć? Szuka bliskości, zrozumienia, a jednocześnie zamyka się przed tym? Co jest w takim razie prawdziwe, według czego mam postępować? Według słów czy według działań? Mam mętlik w głowie.


Jaką rolę ta osoba odgrywa w moim życiu? Odgrywała rolę dobrej koleżanki. Ale taka znajomość ma rację bytu gdy i jedna i druga ze stron potrafią razem śmiać się i razem płakać. A okazało się, że tak nie jest. Że nasze poczucia humoru w pewnym punkcie obierają rozbieżne drogi. A płakać nie będę, bo robię to tylko w kontakcie z samą sobą, gdy jestem sama. Czy to moja nieszczerość czy może tylko nieufność wobec ludzi? Wiele wydarzeń w moim życiu obraca mój kąt widzenia o 360 stopni. Teraz też tak będzie? To zależy od drugiej osoby. Bo ja mogę zapomnieć i żyć dalej jako nikomu nie przeszkadzające źródło, które można w dowolny sposób wykorzystać. Ale na pewno nic w stosunkach z tą osobą nie będzie takie samo. Bo ja nie lubię jak mnie ktoś atakuje. A jeśli robi to w taki sposób, uzyska efekt, jaki chciał (?) uzyskać, ale jednocześnie wiele straci z mojej osoby. I to będzie tylko i wyłącznie jego strata, a być może - mój zysk. Zysk czasu, zaangażowania, czegoś tam jeszcze... Nurtuje mnie, czy to było działanie, aby się mnie pozbyć? I aż ciśnie mi się na usta porównanie mnie do kartonika z sokiem. Ta osoba miała mnie w swoim otoczeniu. I piła prosto z kartonika. Ale kartonik jest jeszcze w połowie pełny, a ta osoba już wyrzuca go do kosza. To nieekonomiczne. Więc pewnie to znaczy, że z tego kosza wyciągnie kartonik, bo jest tam jeszcze dużo soczku, który można wypić. I będzie go tam jeszcze trochę, nawet po maturze. Tylko że wtedy znajdzie się nowy soczek, o innym smaku i będzie położony w innym miejscu, a mój kartonik z powrotem znajdzie się w koszu, ale wtedy już na zawsze. Smutna przyszłość dla mnie, ale realna.


Czy tak samo jak ze mną, jest też z innymi "soczkami". Te soczki zapełniają tej osobie potrzebę drugiego człowieka? Biedne soczki... Biedne, wykorzystane soczki... Biedne NIEŚWIADOME(?) soczki. Ja przynajmniej byłam i jestem świadoma, jak traktują mnie wszyscy.


A może dziś ona po prostu poczuła się zagrożona? Że soczek się rozleje, skończy, ktoś inny go wypije i w poczuciu swojej dumy postanowiła ten soczek sama wylać? Udało jej się, czego dowodem jest ten o to tekst, którym pewnie już i najwytrwalszych zanudziłam. Ale człowiek ma to do siebi, że wylewa żale, otwiera się wtedy, gdy coś nim ruszy, ktoś rozbije jego skorupę.


Wyciągam więc z dzisiejszych wydarzeń i pozytywne wnioski. Moja skorupa się rozbiła. Uświadomiłam sobie, że jestem człowiekiem i mam ludzkie uczucia. Że jestem tylko soczkiem, który pije baaardzo wiele osób w moim otoczeniu, ale kartonik, w którym soczek się znajduje, ma dno i soczek się kiedyś w kartoniku skończy. I soczek nie powinien dopuścić żeby kiedykolwiek się skończyć, wypalić, ale powinien działać już teraz, żeby to się nie stało. Zamknąć do siebie dojście, a otwierać się dla tego, do którego ma zaufanie, że go nie wyczerpie. I nie warto angażować się w sprawy publiczne, bo publika nie docenia naszej pracy, ma ją głęboko gdzieś i przekona się kiedyś, że była wartościowa, kiedy sama będzie musiała ją wykonać.


J.


***Szara rzeczywistość*** 2008-09-22

Już odszedł zapach letnich kwiatów, zapach wolności i nadzieji... nadzieji na lepsze jutro.

Gdy ich teraz spotykam, czuję pustkę, niedosyt. Niedosyt za tym, że już ich nie widuję. Są mi bliscy, ale już tacy obcy. Ale dziękuję, że są. Czasami tak potrzebni w moim życiu. Czy miałam kiedykolwiek w życiu Przyjaciela? Prawdziwego Przyjaciela? Zaczynam w to wątpić. Bo co to za przyjaźń, która po roku się rozpada?

Żałuję, że się "skończyło". Że przeminęło. Choć niby "Nie żałujmy tego co stracone, żałujmy tego co możemy jeszcze stracić..." A ja żałuję. Bo boli. Strasznie boli. Boli to, że jej nie ma przy mnie. Że już ze sobą nie rozmawiamy tak, jak kiedyś. Że przeminęło...

Szkoda...

I szkoła... Porażka... Surowość, powaga... To nie pasuje do mnie. To nie w moim stylu. Czuję się mała, głupia i do niczego w otaczającym mnie świecie...

Co go rozjaśni??


***Nadzieja...*** 2008-08-01

Nadzieja? Na co? Przecież masz dom, nie chodzisz goła, ani brudna... A jednak czuję w sobie dalej jakiś niedosyt... Stratę...

Kurde, dlaczego to wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło??

Najpierw przeprowadzka, problemy z aklimatyzacją w szkole, czasy gimnazjum i wzmożonej nerwowości w domu, a teraz liceum i co?? Dalej problemy...

Niby wszystko jest ok, znalazłam swoje miejsce na ziemi, ale czy aby? Czy to, co teraz nazywam szczęściem nie obróci się w proch i pył, jeśli tylko nie będzie motorka napędzającego całą tę machinę??

"Życie dlatego jest takie trudne, żeby kształtować nasz charakter..."

A dupa z charakterem, przecież i tak nie mam wpływu na to, jak on się zechce ukształtować

- Masz – mówi moje sumienie – masz..…

Boję się… Strach przed śmiercią, przed stratą, przed ludźmi…

Ty mnie rozumiałaś, Kotku, jak nikt inny… Ale czy dalej rozumiesz…?? Boże, jak ja za Tobą tęsknię… Oddałabym wszystko teraz za chwilkę z Tobą… Płacz… Co on da…

I znów odzywa się moje sumienie – Oczyści, oczyści jak nic innego, z bólu, tęsknoty…

Nie potrafię się uśmiechać, nie potrafię się śmiać, coś we mnie jest, co nie pozwala mi trzeźwo patrzyć na świat…

Zresztą… głupia jestem… i nie radzę sobie z sytuacją, ona mnie przerasta… Szkoda, można by powiedzieć…

„Świat jest piękny, spójrz…” – Zamykam oczy, żeby nie patrzeć na to, co mnie otacza, dobija…

Wydarzenia ostatnich godzin – przesada, nienawidzę ludzi… nienawidzę siebie…

 

„zatapiam mój smutek w przejrzystej tafli bezczynności…”


***Czemu...*** 2008-07-21

Czemu wszystko robi się takie szare i bez blasku...??

Czemu ludzie przychodzą, a za parę chwil odchodzą...??

Czemu każda, nawet najmniejsza decyzja jest taka trudna...??

Czemu...

Jest tyle takich pytań, a każde pozbawione sensu... Wystarczy jeden gest by przekreślić wszystko, wystarczy jedno słowo, by zapaść się w przepaść nienawiści...

"A miało być tak pięknie, miało nie wiać w oczy nam..."

Ale jednak na codzień nie jest tak pięknie...

Każda chwila jest udręką, bo Ciebie tu nie ma... Miałyśmy być nie rozdzielne, a brutalnie nas rozdzielono, miałyśmy być na zawsze, a jesteśmy na chwilę...

Tyle czasu nie widziałam Twojej kochanej twarzy, tego wzroku, który się tak troszczy, tego głosu, którego brakuje...

To nic, że mamy siebie na telefon, to nie znaczy NIC...

Czy odległość musi tyle psuć?? Czy zawsze już tak będzie?? Ja - tu, a Ty - tam??

Tak blisko, a tak daleko...

Tylko łza się kręci w oku i przestać nie chce....


***straciłam swój Skarb...*** 2008-06-23

Jedna głupia chwila, jedno krótkie słowo i jedna wielka strata... Nie wiem, nie wiem czy dam sobie radę. Straciłam jedyną bliską mi osobę, która trzymała mnie w tym  świecie... To smutne.. Czy to nie była przyjaźń?? Czy to JA nie potrafię być przyjaciółką...

- "w takim razie to był mój błąd czy Twój??"

- "Chyba twój że się do mnie zbliżyłaś"

Ugodziło mnie to w samo serce... Nigdy żadnej kłótni, nigdy scysji, a tu jedna chwila i koniec...

Ogarnęła mnie pustka... Nie potrafię już się  pełni cieszyć z pozytywnych sytuacji, bo nie mam komu o nich opowiedzieć. Dlatego tu wracam. Mimo, że stary, zakurzony, ale chłonący każde moje słowo...

Poznałam wspaniałych ludzi, ale brakuje mi tych, którzy byli... Moje drogi znów splotły się z drogami harcerzy, lecz tym razem to jest poważniejsze niż kiedyś... Kiedyś - to były słowa, spojrzenia, dzisiaj to są zbiórki, biwaki... Cudowne i straszne... Jak łatwo było poznać osoby, które były blisko, a wydawały się dalekie...

Sama się zadziwiam, jak wielki wpływ ma na mnie otoczenie... Zmieniłam się... i to bardzo. Inaczej patrzę na to, co mnie otacza. Może bardziej to szanuję? Może bardziej to kocham... Może trudno mi rozstać się z tym, co zostawiam... A zostawiam wiele - swoje miejsca szczęścia i porażek, które są moją dumą. Jeśli porażka - z honorem, jeśli sukces - z dumą... Zmieniam wszystko wokół siebie, choć wcale tego nie chcę… Żałuję…

 

„Więc niech przyjdą anioły… niech z nieba spłynie prawdy blask… rzekami płyną nasze łzy…”

 


***i nadeszły ... czasy cięzkie...*** 2008-04-04

Może mi się tylko tak wydaje... może to naprawdę nie jest tak... Ale teraz czuję się jakby naprawdę ogarnęła mnie "pustka... nieskończona pustka - bez granic, bez kształtu...". To życie jest chore...
Przez długi okres czasu nie pisałam, bo ulotny czas przeciekał przez me palce...
Trzy miesiące, a jak wiele już się znmieniło... I te trzy miesiące naprawdę wiele mnie nauczyły...
Zaczęłam inaczej patrzeć na świat, na siebie, na otaczających mnie ludzi...
Jak wiele człowiek może przeżyć nie zdając sobie z tego sprawy. Przez ostatni czas nauczyłam się, że nie warto wierzyć pseudoprzyjaciołom, że co by się nie działo, ten jeden, najlepszy jest jedynym wsparciem, że nie ważne co myślisz, w domu, nie należy tego wypowiadać, że świat nie jest i nigdy nie był sprawiedliwy, że miłość to czasem puste słowo... tylko puste słowo...
No właśnie, M. - to wszystko co robisz jest bez sensu... zupełnie bez sensu...
Czasami nie wiem już czy mam się śmiać czy płakać. Szkoła... to raczej powód do płaczu. I nie chodzi tu o oceny... Bo nie to jest najważniejsze. Chodzi o poczucie wartości i szacunek, którego nie ma...
Czasami tak, jak dziś, czuję się nikomu nie potrzebna - zmieszana z błotem i ze strasznymi myślami...
I nie wiem wtedy czy to ja, czy to szatan mnie opętał, czy to ja, czy tylko moje ciało, czy to ja - czy ktoś inny...
Czasami żałuję, że żyję, że poruszam się w bycie, którego nie rozumię, że doświadczają mnie rzeczy, których wolałabym uniknąć, że opuszczają mnie ludzi, którzy tyle znaczą...

"Błagam Was, zlitujcie się, i zabijcie mnie..."


e-blogi.pl
  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]